czwartek, 27 października 2011

fak.

Kurwa mać.
Bardzo przepraszam, że klnę, ale czuję ogromną potrzebę odreagowania rzeczywistości, która mnie dziś dotknęła. Dotknęła dotkliwie.
Mogłam dzisiaj zabić psa. Zabić albo mocno poturbować. Sądząc po jego posturze, to jednak zabić.
Wszystko dzięki matce-kretynce i jej bezmyślnej córce.
Jechałam z Zabierzowa. Droga koło Skały Kmity. Ciemno. Jakieś światełka z Rogatego Rancza, co stoi przy drodze, ale raczej ciemno. I nagle w światłach reflektorów widzę, jak na drogę leci patyk, a za nim na jezdnię, jak oszalały, wpada pies. Zahamowałam. Cudem. W pierwszej chwili nawet nie wiedziałam, czy nie potrąciłam tego psa, bo mi zniknął pod maską auta. Szybka analiza faktów, że jednak nic nie huknęło a auto nie podskoczyło, pozwoliła mi uznać, że przeżył. Włączyłam światła awaryjne. Jakoś było mi wszystko jedno, że zaparkowałam na środku jezdni. Wysiadłam z samochodu. I to, co zobaczyłam spowodowało w moim organizmie znaczny wzrost ciśnienia krwi. Na poboczu stała może siedmioletnia dziewczynka i przymierzała się do kolejnego rzutu patykiem. Koło jej nóg skakał mały, wesoły piesek, który właśnie cudem uniknął śmierci pod kołami mojego samochodu. Jakieś trzy metry dalej, obrócona plecami stała kobieta i rozmawiała przez telefon komórkowy. Najpierw, najspokojniej jak potrafiłam i jak pozwalało mi szalejące ciśnienie, poprosiłam dziecko, żeby nie rzucało więcej patykiem. Potem wywrzeszczałam matce, co myślę na temat nie zwracania uwagi na to, jak bawią się nasze własne dzieci, w naszej własnej obecności. Tymczasem za moim autem zatrzymała się policja. Bardzo miły pan policjant podszedł i zapytał czyje auto blokuje jezdnię. Hardo odpowiedziałam, że moje, i że zaraz odjadę, jak tylko trochę spadnie mi ciśnienie, bo w takim stanie i tak nie bardzo mogę prowadzić. Pan policjant zapytał, co mnie tak zdenerwowało, ja wytłumaczyłam, matka-kretynka też próbowała się tłumaczyć nazywając mnie wariatką, która stresuje dzieci. Bezmyślne dziecko ciągle trzymało w rączce koronny dowód swojego bezmyślnego zachowania w postaci sporego patyka, który nieustająco, z jej małych rączek, próbował wyrwać pies. Chyba dlatego pan policjant uwierzył w moją wersję wydarzeń i pouczył matkę-kretynkę, że zabawa w aport na drodze, na której jest ograniczenie do 90 km/h, grozi utratą psa, chyba, że ona chce się pozbyć tego psa, to on proponuje jednak w inny sposób, na przykład oddać do schroniska, albo nawet tu, na Rogate Ranczo (gdzie hodują różne zwierzęta), a nie narażać dziecka na traumatyczne przeżycie oglądania rozjechanego przez samochód pupila. Stałam, słuchałam i gęba mi coraz bardziej opadała, a panu policjantowi najwyraźniej ciśnienie coraz bardziej rosło, bo groził matce-kretynce palcem i podnosił lekko głos. Nieśmiało wtrąciłam, że się spieszę i czy mogę już odjechać. Odwrócił się w moją stronę, upewnił, że z moim ciśnieniem już lepiej i życzył dalszej spokojnej drogi. No więc wsiadłam i odjechałam, zostawiając awanturę na poboczu. Ale ostatecznie nie udało mi się jej zostawić. Ciągle jeszcze drżą mi ręce i nie mogę w to wszystko uwierzyć. To jak jakiś pieprzony film. Horror.

czwartek, 22 września 2011

osiedlowych opowieści ciąg dalszy

Dziś widziałam niesamowity obrazek. Wielki, chyba dwumetrowy facet, bez włosów, za to z szerokim karkiem, na spacerze z maleńkim yorkiem na długiej, cienkiej smyczy. Pan kroczył dumnie ze swoimi dwoma wirtualnymi arbuzami pod pachami, a york pieczołowicie znaczył swój teren obsikując opony zaparkowanych między blokami samochodów. Bezcenne :)
A propos zaparkowanych samochodów. Będzie zaraz miesiąc, jak skończyły się wakacje i od razu zaczęły problemy z parkowaniem na osiedlu. Rodacy jednak jeżdżą na wakacje samochodami. Były wakacyjne luzy, ale się skończyły. Zanim zaczął się piekielny wrzesień, wracaliśmy sobie z Frankiem wieczorkiem z wojaży i parkowaliśmy blisko wejścia, co by na drugi dzień mieć blisko do wózka, który sobie mieszka w Stefanie (Stefan to mój samochód. Suzuki Swift. Trzecie "S" zostało dodane, bo dwa się źle kojarzą). Nie było z tym problemu. A teraz? Hm... czasami znajdzie się jakieś miejsce koło śmietnika, ale to daleko od domu, a Franio waży już 8 kilo (+fotelik jak gdzieś jedziemy) i noszenie go przez pół osiedla mnie wykańcza. W ostateczności korzystamy z Off Road Parking. Tak z eM nazywamy kawałek łąki na początku osiedla, gdzie da się jeszcze wjechać autem. Do domu nawet blisko (bliżej trochę jak od śmietnika), ale różnica taka, że jak w nocy popada deszcz, to na drugi dzień ciężko stamtąd wyjechać. Można się zaboksować na amen. Najbardziej wkurzające jest to, że przejeżdżając przez osiedle i szukając gdzie tu zaparkować, widzę kilkanaście wolnych miejsc... to znaczy mogłyby być wolne, gdyby ludzie parkując, używali mózgu. Niestety parkują jak ostatnie barany i stąd ten deficyt wolnej przestrzeni. A i tak w efekcie okazuje się, że to wszystko nielegalne jest... No bo zdarzyła mi się kiedyś taka historia: jeździłam autem zastępczym, bo Stefan był w salonie odnowy ( czyt.: wymiana części, klepanie, malowanie i takie tam). Przyjechałam pewnego pięknego dnia, zaparkowałam pod blokiem i zanim wysiadłam z auta walnął we mnie pan swoją limuzyną. Kto po takim osiedlu zaiwania limuzyną?! Ale o tym kiedy indziej. No więc walnął we mnie, a że auto nie moje, to musiałam wezwać policję, bo do wypożyczalni życzyli sobie notatkę sporządzoną właśnie przez stróżów prawa. Panowie granatowi przyjechali, wypytali, dali panu, co we mnie walnął, mandat i grzecznie poprosili mnie o przeparkowanie auta. Nadmienię, że stałam przy zakręcie, ale każdy średnio zdolny kierowca byłby w stanie tam wykręcić swoim normalnym autem. Jak podzieliłam się z panem policjantem moimi uwagami i jeszcze dodałam, że przecież nie pierwszy raz tu parkuję i nic się nigdy nie działo, ten patrząc na mnie zatroskanym wzrokiem powiedział: Wszyscy tu państwo nielegalnie parkujecie.
Jakiś wniosek? Mieszkaj se na osiedlu, ale bez auta.
I na koniec, na potwierdzenie powyższych słów, historia zasłyszana dziś. Stoją pod blokiem dwie panie i rozmawiają. Jedzie jakiś szukający miejsca i chce zakręcić koło bloku, ale panie stoją na jego drodze. Zauważyły auto i odsunęły się nieco. Facet spina się, żeby wykręcić na wąskiej osiedlowej uliczce i pań nie potrącić przy okazji i w końcu przejeżdża jednym kołem lekko po trawniku przed blokiem.
Jedna z pań krzyczy: No jak tak panie po ogródku?!?
Pan kierowca przez otwartą szybę: Przepraszam bardzo, ale naprawdę trudno tu wykręcić.
Na to pani-krzykaczka: No bo tu w ogóle auta nie powinny jeździć, o!
Pan kierowca: a pani ma auto?
Pani-krzykaczka: nie mam psze pana, n i e  m a m!!
Na to pan kierowca: no właśnie.
I odjechał.

poniedziałek, 5 września 2011

po deszczu

Dzisiaj cisza.
Widać osiedle odsypia weekendowego kaca.
Wyszłam na balkon rozsmakować się powietrzem po deszczu. Tak. Powietrze dziś decydowanie nie tylko pachnie, ale i smakuje. I wiatr szumi. Po deszczu został już tylko ten ulotny smak i zapach.
I mokry balkon.
Znowu sama, znowu eM w delegacji. Cisza. Franio śpi. Ja tęsknię.
A propos tęsknoty... w sobotę byłam popracować. Fajnie. Zbyt długo moje ręce były czyste i bardzo już tęskniłam za tym, żeby je ubrudzić. Ale w pracy... siedziałam rozbełtana mieszanymi uczuciami. Tęskniłam za chłopakami. Nie martwiłam się, bo eM świetnie sobie daje radę z Franiem, tylko tak zwyczajnie tęskniłam. Czy tęsknota zawsze jest zwyczajna? Hm... wyobrażam sobie, że jak Franio pójdzie do przedszkola (o żłobku na razie nie chcę myśleć) to moja tęsknota będzie nadzwyczajna.
Nadzwyczajniej w świecie przesadzam, oczywiście, jak zwykle.

czwartek, 1 września 2011

zmęczone szczęście

Rany, jaki ból stóp. Jeszcze nie chce mi się spać. Jeszcze napiję się zimnej wody i zjem lodowatego big milka.
Zmęczona, ale szczęśliwa. Franek dziś dawał w kość, ale też uśmiechał się tyle razy, że moje serce oblepione jest miodem. Jeżeli dobrze podejrzewam i zaczynają mu iść zęby, to trzeba się będzie uzbroić w archanielską cierpliwość i zebrać w sobie maksymalnie wiele siły.
Kilka dni temu na spacerze, jak jeszcze działał wózek, zachwycił mnie szum podsuszonych nieco traw. Taka cudna piosenka błagalna o deszcz. Dziś uświadomiłam sobie, że od tamtej pory jeszcze nie padało i zaczęłam się zastanawiać, czy te trawy jeszcze żyją... czy za chwilę już przyjdzie jesień i szumieć będzie tylko deszcz? U nas w mieszkaniu już dzisiaj padało. Znaczy Franio usypiał przy dźwięku deszczu z owieczki.
Dzisiaj w telewizji widziałam pana, który w Stoczni krzyczał "mordercy są na wolności!" a w kąciku jego ust zbierała się wściekła piana. Jak ten pan dostanie się do sejmu, to znowu będzie wesoło. On wygląda na takiego, co będzie okupował trybunę sejmową non stop. Może nawet się do niej przykuje... Jakiej Polski doczekają nasze dzieci? Czy ciągle będą w niej krzykacze opętani nienawiścią i z pozoru łagodni cwaniacy głoszący miłość powszechną? Czasami, to chcę na małą wyspę, gdzie nie ma państwa. Czasami tak obce jest mi pojęcie patriotyzmu... i chyba jestem anarchistką...

Wózek kontra chusta

Zepsułam wózek.
Zacznę od tego, że trzymam go w samochodzie z powodu niemożności wciągania go za każdym razem na trzecie piętro. Gondola na siedzeniu, rama z kołami w bagażniku. No i chyba za mocno domknęłam bagażnik. Pękły dętki w dwóch kołach. Już zamówiłam nowe i czekam aż je przyślą. Jestem sama bo eM w delegacji. Musiałam wyjść do sklepu po zakupy...
Wygrzebałam z szuflady chustę. Od dawna chciałam zacząć jej używać, ale cały czas bałam się, że nie umiem jej poprawnie zawiązać. Okazuje się, że potrzeba matką itd. Znalazłam w internecie instrukcję, zawiązałam, włożyłam Frania. Śmiał się jakby to była świetna zabawa. Poszłam do sklepu. W połowie drogi Franio zasnął przytulony, opatulony, ukołysany, szczęśliwy. Pani w sklepie patrzyła na mnie jak na ufo, ludzie na ulicy oglądali się z zaciekawieniem/politowaniem. Jedna pani zapytała: czy to na pewno wygodne? Czułam się dziwnie. Wydawało mi się, że noszenie dziecka w chuście już u nas spowszedniało, że już nie budzi takiej sensacji. W czasie całej wycieczki uśmiechnął się do mnie tylko jeden mężczyzna. Na jego klatce piersiowej, w chuście, spała smacznie słodka blond piękność w wieku lat około dwóch :)

środa, 31 sierpnia 2011

kakofonia

okno pierwsze_disco polo
okno drugie_rihanna
okno trzecie_peja
balkon pierwszy_labrador
balkon drugi_jamnik
balkon trzeci_jakiś duży mieszaniec albo nie znam takiej rasy
cinquecento_warkot silnika
astra_trzaskanie drzwiami
transit_wyjący alarm
koty walczące
koty uprawiające wrzeszczącą kocią miłość
kuna polująca na szczura
kłótnie
okrzyki radości
śpiewy biesiadne
śmiech dzieci
płacz dzieci
po prostu dzieci
brzęk szklanych butelek z piwem
dzwonki komórek
dzwony kościelne
zazwyczaj kilkanaście tych odgłosów miejskich naraz
życie w tym miejscu bywa uciążliwe dla moich uszu
i głowy


kupiłam dziś Frankowi owieczkę z pozytywką, która odtwarza bicie serca, szum deszczu, fale oceanu i piosenki wielorybów. Przy falach oceanu zasnął smacznie jak aniołek. Bez smoczka, bez kołysania, z uśmiechem na swojej słodkiej, małej buzi. A ja obok niego...

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

zasłuchane, zawidziane

Doszło do mnie, że pamięć zaczyna szwankować. Szufladki się kończą i odczuwam potrzebę dokupienia pamięci. No to znalazłam sobie takie miejsce, nową szufladkę, gdzie zapakuję to, co mnie porusza, śmieszy, smuci, generalnie wywołuje emocje. Na dziś historia ze spaceru...
Rodzina - tata, mama i około pięcioletni synek na spacerze.
Tata na rowerze, synek na rowerze, mama pieszo.
Tata: No to ja was zostawiam i do zobaczenia później.
Odjeżdża szybko.
Synek: Mamo ja chcę jeździć tak szybko jak tata!
Mama: Kochanie, ale tu jest nierówno, jak pojedziesz szybko, to możesz się wywrócić.
Synek: Mamo nie wywrócę się. Chcę tak szybko jak tata...
Mama: Tata jest dorosły może jeździć szybko. Jak będziesz dorosły i będziesz miał taki rower jak tata, też będziesz jeździł szybko.
Chwila zastanowienia.
Synek: Mamo, ale ja mam cztery kółka!
Nieco później, kilkadziesiąt metrów dalej.
Synek: Mamo siku!
Mama: No to zsiadaj z rowerka i zrobimy siku na trawkę.
Synek: Mamo, a mogę do kałuży?
Mama: Dlaczego do kałuży?
Znowu chwila zastanowienia.
Synek: Oj mamo... no żeby była większa!
Dzieciaki są totalnie odlotowe.