Kurwa mać.
Bardzo przepraszam, że klnę, ale czuję ogromną potrzebę odreagowania rzeczywistości, która mnie dziś dotknęła. Dotknęła dotkliwie.
Mogłam dzisiaj zabić psa. Zabić albo mocno poturbować. Sądząc po jego posturze, to jednak zabić.
Wszystko dzięki matce-kretynce i jej bezmyślnej córce.
Jechałam z Zabierzowa. Droga koło Skały Kmity. Ciemno. Jakieś światełka z Rogatego Rancza, co stoi przy drodze, ale raczej ciemno. I nagle w światłach reflektorów widzę, jak na drogę leci patyk, a za nim na jezdnię, jak oszalały, wpada pies. Zahamowałam. Cudem. W pierwszej chwili nawet nie wiedziałam, czy nie potrąciłam tego psa, bo mi zniknął pod maską auta. Szybka analiza faktów, że jednak nic nie huknęło a auto nie podskoczyło, pozwoliła mi uznać, że przeżył. Włączyłam światła awaryjne. Jakoś było mi wszystko jedno, że zaparkowałam na środku jezdni. Wysiadłam z samochodu. I to, co zobaczyłam spowodowało w moim organizmie znaczny wzrost ciśnienia krwi. Na poboczu stała może siedmioletnia dziewczynka i przymierzała się do kolejnego rzutu patykiem. Koło jej nóg skakał mały, wesoły piesek, który właśnie cudem uniknął śmierci pod kołami mojego samochodu. Jakieś trzy metry dalej, obrócona plecami stała kobieta i rozmawiała przez telefon komórkowy. Najpierw, najspokojniej jak potrafiłam i jak pozwalało mi szalejące ciśnienie, poprosiłam dziecko, żeby nie rzucało więcej patykiem. Potem wywrzeszczałam matce, co myślę na temat nie zwracania uwagi na to, jak bawią się nasze własne dzieci, w naszej własnej obecności. Tymczasem za moim autem zatrzymała się policja. Bardzo miły pan policjant podszedł i zapytał czyje auto blokuje jezdnię. Hardo odpowiedziałam, że moje, i że zaraz odjadę, jak tylko trochę spadnie mi ciśnienie, bo w takim stanie i tak nie bardzo mogę prowadzić. Pan policjant zapytał, co mnie tak zdenerwowało, ja wytłumaczyłam, matka-kretynka też próbowała się tłumaczyć nazywając mnie wariatką, która stresuje dzieci. Bezmyślne dziecko ciągle trzymało w rączce koronny dowód swojego bezmyślnego zachowania w postaci sporego patyka, który nieustająco, z jej małych rączek, próbował wyrwać pies. Chyba dlatego pan policjant uwierzył w moją wersję wydarzeń i pouczył matkę-kretynkę, że zabawa w aport na drodze, na której jest ograniczenie do 90 km/h, grozi utratą psa, chyba, że ona chce się pozbyć tego psa, to on proponuje jednak w inny sposób, na przykład oddać do schroniska, albo nawet tu, na Rogate Ranczo (gdzie hodują różne zwierzęta), a nie narażać dziecka na traumatyczne przeżycie oglądania rozjechanego przez samochód pupila. Stałam, słuchałam i gęba mi coraz bardziej opadała, a panu policjantowi najwyraźniej ciśnienie coraz bardziej rosło, bo groził matce-kretynce palcem i podnosił lekko głos. Nieśmiało wtrąciłam, że się spieszę i czy mogę już odjechać. Odwrócił się w moją stronę, upewnił, że z moim ciśnieniem już lepiej i życzył dalszej spokojnej drogi. No więc wsiadłam i odjechałam, zostawiając awanturę na poboczu. Ale ostatecznie nie udało mi się jej zostawić. Ciągle jeszcze drżą mi ręce i nie mogę w to wszystko uwierzyć. To jak jakiś pieprzony film. Horror.
gdyby policjant bardziej się wkurzył, mógł kobitę ukarać...za spowodowanie zagrożenia w ruchu drogowym-parę groszy musiałaby zapłacić, to i wiedza by się utrwaliła.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.