Dziś widziałam niesamowity obrazek. Wielki, chyba dwumetrowy facet, bez włosów, za to z szerokim karkiem, na spacerze z maleńkim yorkiem na długiej, cienkiej smyczy. Pan kroczył dumnie ze swoimi dwoma wirtualnymi arbuzami pod pachami, a york pieczołowicie znaczył swój teren obsikując opony zaparkowanych między blokami samochodów. Bezcenne :)
A propos zaparkowanych samochodów. Będzie zaraz miesiąc, jak skończyły się wakacje i od razu zaczęły problemy z parkowaniem na osiedlu. Rodacy jednak jeżdżą na wakacje samochodami. Były wakacyjne luzy, ale się skończyły. Zanim zaczął się piekielny wrzesień, wracaliśmy sobie z Frankiem wieczorkiem z wojaży i parkowaliśmy blisko wejścia, co by na drugi dzień mieć blisko do wózka, który sobie mieszka w Stefanie (Stefan to mój samochód. Suzuki Swift. Trzecie "S" zostało dodane, bo dwa się źle kojarzą). Nie było z tym problemu. A teraz? Hm... czasami znajdzie się jakieś miejsce koło śmietnika, ale to daleko od domu, a Franio waży już 8 kilo (+fotelik jak gdzieś jedziemy) i noszenie go przez pół osiedla mnie wykańcza. W ostateczności korzystamy z Off Road Parking. Tak z eM nazywamy kawałek łąki na początku osiedla, gdzie da się jeszcze wjechać autem. Do domu nawet blisko (bliżej trochę jak od śmietnika), ale różnica taka, że jak w nocy popada deszcz, to na drugi dzień ciężko stamtąd wyjechać. Można się zaboksować na amen. Najbardziej wkurzające jest to, że przejeżdżając przez osiedle i szukając gdzie tu zaparkować, widzę kilkanaście wolnych miejsc... to znaczy mogłyby być wolne, gdyby ludzie parkując, używali mózgu. Niestety parkują jak ostatnie barany i stąd ten deficyt wolnej przestrzeni. A i tak w efekcie okazuje się, że to wszystko nielegalne jest... No bo zdarzyła mi się kiedyś taka historia: jeździłam autem zastępczym, bo Stefan był w salonie odnowy ( czyt.: wymiana części, klepanie, malowanie i takie tam). Przyjechałam pewnego pięknego dnia, zaparkowałam pod blokiem i zanim wysiadłam z auta walnął we mnie pan swoją limuzyną. Kto po takim osiedlu zaiwania limuzyną?! Ale o tym kiedy indziej. No więc walnął we mnie, a że auto nie moje, to musiałam wezwać policję, bo do wypożyczalni życzyli sobie notatkę sporządzoną właśnie przez stróżów prawa. Panowie granatowi przyjechali, wypytali, dali panu, co we mnie walnął, mandat i grzecznie poprosili mnie o przeparkowanie auta. Nadmienię, że stałam przy zakręcie, ale każdy średnio zdolny kierowca byłby w stanie tam wykręcić swoim normalnym autem. Jak podzieliłam się z panem policjantem moimi uwagami i jeszcze dodałam, że przecież nie pierwszy raz tu parkuję i nic się nigdy nie działo, ten patrząc na mnie zatroskanym wzrokiem powiedział: Wszyscy tu państwo nielegalnie parkujecie.
Jakiś wniosek? Mieszkaj se na osiedlu, ale bez auta.
I na koniec, na potwierdzenie powyższych słów, historia zasłyszana dziś. Stoją pod blokiem dwie panie i rozmawiają. Jedzie jakiś szukający miejsca i chce zakręcić koło bloku, ale panie stoją na jego drodze. Zauważyły auto i odsunęły się nieco. Facet spina się, żeby wykręcić na wąskiej osiedlowej uliczce i pań nie potrącić przy okazji i w końcu przejeżdża jednym kołem lekko po trawniku przed blokiem.
Jedna z pań krzyczy: No jak tak panie po ogródku?!?
Pan kierowca przez otwartą szybę: Przepraszam bardzo, ale naprawdę trudno tu wykręcić.
Na to pani-krzykaczka: No bo tu w ogóle auta nie powinny jeździć, o!
Pan kierowca: a pani ma auto?
Pani-krzykaczka: nie mam psze pana, n i e m a m!!
Na to pan kierowca: no właśnie.
I odjechał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz