czwartek, 22 września 2011

osiedlowych opowieści ciąg dalszy

Dziś widziałam niesamowity obrazek. Wielki, chyba dwumetrowy facet, bez włosów, za to z szerokim karkiem, na spacerze z maleńkim yorkiem na długiej, cienkiej smyczy. Pan kroczył dumnie ze swoimi dwoma wirtualnymi arbuzami pod pachami, a york pieczołowicie znaczył swój teren obsikując opony zaparkowanych między blokami samochodów. Bezcenne :)
A propos zaparkowanych samochodów. Będzie zaraz miesiąc, jak skończyły się wakacje i od razu zaczęły problemy z parkowaniem na osiedlu. Rodacy jednak jeżdżą na wakacje samochodami. Były wakacyjne luzy, ale się skończyły. Zanim zaczął się piekielny wrzesień, wracaliśmy sobie z Frankiem wieczorkiem z wojaży i parkowaliśmy blisko wejścia, co by na drugi dzień mieć blisko do wózka, który sobie mieszka w Stefanie (Stefan to mój samochód. Suzuki Swift. Trzecie "S" zostało dodane, bo dwa się źle kojarzą). Nie było z tym problemu. A teraz? Hm... czasami znajdzie się jakieś miejsce koło śmietnika, ale to daleko od domu, a Franio waży już 8 kilo (+fotelik jak gdzieś jedziemy) i noszenie go przez pół osiedla mnie wykańcza. W ostateczności korzystamy z Off Road Parking. Tak z eM nazywamy kawałek łąki na początku osiedla, gdzie da się jeszcze wjechać autem. Do domu nawet blisko (bliżej trochę jak od śmietnika), ale różnica taka, że jak w nocy popada deszcz, to na drugi dzień ciężko stamtąd wyjechać. Można się zaboksować na amen. Najbardziej wkurzające jest to, że przejeżdżając przez osiedle i szukając gdzie tu zaparkować, widzę kilkanaście wolnych miejsc... to znaczy mogłyby być wolne, gdyby ludzie parkując, używali mózgu. Niestety parkują jak ostatnie barany i stąd ten deficyt wolnej przestrzeni. A i tak w efekcie okazuje się, że to wszystko nielegalne jest... No bo zdarzyła mi się kiedyś taka historia: jeździłam autem zastępczym, bo Stefan był w salonie odnowy ( czyt.: wymiana części, klepanie, malowanie i takie tam). Przyjechałam pewnego pięknego dnia, zaparkowałam pod blokiem i zanim wysiadłam z auta walnął we mnie pan swoją limuzyną. Kto po takim osiedlu zaiwania limuzyną?! Ale o tym kiedy indziej. No więc walnął we mnie, a że auto nie moje, to musiałam wezwać policję, bo do wypożyczalni życzyli sobie notatkę sporządzoną właśnie przez stróżów prawa. Panowie granatowi przyjechali, wypytali, dali panu, co we mnie walnął, mandat i grzecznie poprosili mnie o przeparkowanie auta. Nadmienię, że stałam przy zakręcie, ale każdy średnio zdolny kierowca byłby w stanie tam wykręcić swoim normalnym autem. Jak podzieliłam się z panem policjantem moimi uwagami i jeszcze dodałam, że przecież nie pierwszy raz tu parkuję i nic się nigdy nie działo, ten patrząc na mnie zatroskanym wzrokiem powiedział: Wszyscy tu państwo nielegalnie parkujecie.
Jakiś wniosek? Mieszkaj se na osiedlu, ale bez auta.
I na koniec, na potwierdzenie powyższych słów, historia zasłyszana dziś. Stoją pod blokiem dwie panie i rozmawiają. Jedzie jakiś szukający miejsca i chce zakręcić koło bloku, ale panie stoją na jego drodze. Zauważyły auto i odsunęły się nieco. Facet spina się, żeby wykręcić na wąskiej osiedlowej uliczce i pań nie potrącić przy okazji i w końcu przejeżdża jednym kołem lekko po trawniku przed blokiem.
Jedna z pań krzyczy: No jak tak panie po ogródku?!?
Pan kierowca przez otwartą szybę: Przepraszam bardzo, ale naprawdę trudno tu wykręcić.
Na to pani-krzykaczka: No bo tu w ogóle auta nie powinny jeździć, o!
Pan kierowca: a pani ma auto?
Pani-krzykaczka: nie mam psze pana, n i e  m a m!!
Na to pan kierowca: no właśnie.
I odjechał.

poniedziałek, 5 września 2011

po deszczu

Dzisiaj cisza.
Widać osiedle odsypia weekendowego kaca.
Wyszłam na balkon rozsmakować się powietrzem po deszczu. Tak. Powietrze dziś decydowanie nie tylko pachnie, ale i smakuje. I wiatr szumi. Po deszczu został już tylko ten ulotny smak i zapach.
I mokry balkon.
Znowu sama, znowu eM w delegacji. Cisza. Franio śpi. Ja tęsknię.
A propos tęsknoty... w sobotę byłam popracować. Fajnie. Zbyt długo moje ręce były czyste i bardzo już tęskniłam za tym, żeby je ubrudzić. Ale w pracy... siedziałam rozbełtana mieszanymi uczuciami. Tęskniłam za chłopakami. Nie martwiłam się, bo eM świetnie sobie daje radę z Franiem, tylko tak zwyczajnie tęskniłam. Czy tęsknota zawsze jest zwyczajna? Hm... wyobrażam sobie, że jak Franio pójdzie do przedszkola (o żłobku na razie nie chcę myśleć) to moja tęsknota będzie nadzwyczajna.
Nadzwyczajniej w świecie przesadzam, oczywiście, jak zwykle.

czwartek, 1 września 2011

zmęczone szczęście

Rany, jaki ból stóp. Jeszcze nie chce mi się spać. Jeszcze napiję się zimnej wody i zjem lodowatego big milka.
Zmęczona, ale szczęśliwa. Franek dziś dawał w kość, ale też uśmiechał się tyle razy, że moje serce oblepione jest miodem. Jeżeli dobrze podejrzewam i zaczynają mu iść zęby, to trzeba się będzie uzbroić w archanielską cierpliwość i zebrać w sobie maksymalnie wiele siły.
Kilka dni temu na spacerze, jak jeszcze działał wózek, zachwycił mnie szum podsuszonych nieco traw. Taka cudna piosenka błagalna o deszcz. Dziś uświadomiłam sobie, że od tamtej pory jeszcze nie padało i zaczęłam się zastanawiać, czy te trawy jeszcze żyją... czy za chwilę już przyjdzie jesień i szumieć będzie tylko deszcz? U nas w mieszkaniu już dzisiaj padało. Znaczy Franio usypiał przy dźwięku deszczu z owieczki.
Dzisiaj w telewizji widziałam pana, który w Stoczni krzyczał "mordercy są na wolności!" a w kąciku jego ust zbierała się wściekła piana. Jak ten pan dostanie się do sejmu, to znowu będzie wesoło. On wygląda na takiego, co będzie okupował trybunę sejmową non stop. Może nawet się do niej przykuje... Jakiej Polski doczekają nasze dzieci? Czy ciągle będą w niej krzykacze opętani nienawiścią i z pozoru łagodni cwaniacy głoszący miłość powszechną? Czasami, to chcę na małą wyspę, gdzie nie ma państwa. Czasami tak obce jest mi pojęcie patriotyzmu... i chyba jestem anarchistką...

Wózek kontra chusta

Zepsułam wózek.
Zacznę od tego, że trzymam go w samochodzie z powodu niemożności wciągania go za każdym razem na trzecie piętro. Gondola na siedzeniu, rama z kołami w bagażniku. No i chyba za mocno domknęłam bagażnik. Pękły dętki w dwóch kołach. Już zamówiłam nowe i czekam aż je przyślą. Jestem sama bo eM w delegacji. Musiałam wyjść do sklepu po zakupy...
Wygrzebałam z szuflady chustę. Od dawna chciałam zacząć jej używać, ale cały czas bałam się, że nie umiem jej poprawnie zawiązać. Okazuje się, że potrzeba matką itd. Znalazłam w internecie instrukcję, zawiązałam, włożyłam Frania. Śmiał się jakby to była świetna zabawa. Poszłam do sklepu. W połowie drogi Franio zasnął przytulony, opatulony, ukołysany, szczęśliwy. Pani w sklepie patrzyła na mnie jak na ufo, ludzie na ulicy oglądali się z zaciekawieniem/politowaniem. Jedna pani zapytała: czy to na pewno wygodne? Czułam się dziwnie. Wydawało mi się, że noszenie dziecka w chuście już u nas spowszedniało, że już nie budzi takiej sensacji. W czasie całej wycieczki uśmiechnął się do mnie tylko jeden mężczyzna. Na jego klatce piersiowej, w chuście, spała smacznie słodka blond piękność w wieku lat około dwóch :)